...BooK...
Write <-|-> Look


Matenrou Opera
Let it Snow

D
Morning Moon
Dearest you
Follow me

Dir en Grey
Jesteśmy sami...
Pluszowy Miś.
Lodowisko
Kasztany.
Kiedy miasto śpi.
Kodoku ni shisu yueni kodoku.
Syn ulicy.
Dzwoniące dzwonki.
2 hearts.
Chain.
Kochać i pragnąć.
Dziś jesteś nasz.
Słodko z gorzkim.
Za karę.
Red Motel.
...with love.
Beautiful Liar
Maska
Love is strange.
Piosenka księżycowa.
Tych kilka wspomnień.
Winogrona o samku basisty.
Równanie matematyczne.
Bo małe jest piękne.
Potwory czają się (...)
Wierzysz w miłość (...)
Bo miałem cię porwać, nie?

Inne
Opowiadanie Moja wina.
Opowiadanie 30 tablets.
The Gazette Uwaga na bonusy.
DBSK My little princess


Archiwum
2009
grudzień
wrzesień
lipiec
maj
2008
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec


Fan




Layout by Alienacja.



Let it snow

Pierwszy tekst z panami z zespołu Matenrou Opera.
Jak co roku, udało mi się zaczerpnąc nieco z atmosfery swiąt, sniegu i ogólnej radosci. Lubię zimowe fiki.


Fik do Matenrou Opera

Gatunek: zimowy romans

Paring: You/Yuu (kocham ich ksywy po prostu XD)

Ograniczenia wiekowe: brak

Dedykacja: Dla wszystkich osób, które tu od czasu do czasu wpadają ;)




Cały tydzień śnieg sypał, niemalże bez przerwy. Ku radości dzieci i zgrozie dorosłych, którzy zmuszeni byli omijać ogromne zaspy w drodze do pracy. A wieczorami, kiedy temperatura spadała grubo poniżej zera, ludzie przesiadywali w swoich domach, okryci kocami, grzejąc dłonie o kubki z gorącą herbatą…

Chociaż nie wszyscy.

- No ciągnij mocniej! – krzyknął młody mężczyzna, wiercąc się na drewnianych sankach – Śniadania nie jadłeś? Mocniej!

You westchnął tylko w  odpowiedzi, zastanawiając się czemu dał się znowu na to namówić. Jak co roku, zaraz po ostatnich nagraniach przed świętami, zamiast jechać spokojnie do rodziców, spotykał się z tym wariatem, który teraz robił z niego jakiegoś cholernego renifera.

Tymczasem siedzący na sankach mężczyzna odchylił lekko głowę do tyłu i uśmiechnął się z zadowoleniem. Końce jego dredów od dobrej chwili ciągnęły się po śniegu, ale Yuu zdawał się tym zupełnie nie przejmować. Było dobrze. I chociaż mróz szczypał go w nos i policzki, a wełniane rękawiczki były zupełnie niewygodne, to jednak w tej chwili czuł się najzupełniej szczęśliwy. Nie ma nic lepszego niż wieczorny wypad na sanki.

 

Oczywiście kiedy nie jest się tym, który musi je ciągnąć.

 

- Nie uważasz, że czas najwyższy wyrosnąć z pewnych zachowań, Yuu? – zagadnął basista, szarpiąc mocniej za sznurek od sanek. – Nie żebym miał cos przeciwko drobnym wariactwom, ale niektóre rzeczy zaczynają mnie przerastać…

- Przesadzasz… - perkusista naprędce ulepił niewielką, miękką kulę ze śniegu i pacnął nią w plecy kumpla – Na sanki nigdy nie jest się za starym.

- A widzisz tu kogoś jeszcze oprócz nas? Nawet dzieci pouciekały do domów…

Perkusista bez słowa poderwał się z sanek i zrównał krok z drugim mężczyzną.

- Jeszcze kilka takich tekstów i pomyślę, ze zdziadziałeś zupełnie. – Yuu uśmiechnął się lekko i złapał za sznurek. – Siadaj, teraz twoja kolej.

Basista rozejrzał się uważnie, ale rzeczywiście nikogo nie było w pobliżu. Żadnych szans na to, ze za kilka dni znajdzie w jednej z gazet zdjęcie na którym siedzi na sankach.

- Nie myśl, You. Po prostu to zrób. – poradził mu perkusista i chwilę później raźno ciągnął za sanki.

Kiedy znaleźli się na niewielkim placyku, Yuu zatrzymał się i zaczął lepić kulę ze śniegu. Na początku basista miał nadzieję, że jego kumpel chce wojny na śnieżki, ale pomylił się. Kulka była jedna, tyle, że z każdą chwilą coraz większa i większa.

- Nie zrobisz tego… - mruknął bez przekonania.

Basista nie wziął ze sobą rękawiczek, ale zignorował ten fakt zupełnie, zabierając się za lepienie kolejnej kuli. Po niedługim czasie jego dłonie były całkiem czerwone. Mężczyzna co jakiś czas chuchał w nie, ale nie dawało to wielkiego pożytku.

- Idiota. – mruknął Yuu i porzucił na moment lepienie. Zdjął swoje rękawiczki i chwycił dłonie kumpla, rozcierając je delikatnie.

You westchnął cicho, kiedy drugi mężczyzna uniósł jego dłonie do ust i zaczął ogrzewać je własnym oddechem. Było to niewątpliwie przyjemne, ale równocześnie nieco onieśmielające.

- Już… już jest lepiej, dziękuję. – basista wysunął lekko dłonie z rąk przyjaciela, starając się uśmiechnąć na tyle lekko na ile mógł. – Rzeczywiście trzeba było zabrać rękawiczki.

Perkusista wzruszył tylko ramionami i odwrócił się spowrotem w stronę ogromnej kuli.

- Usiądź sobie i poczekaj, ja skończę. – rzucił jeszcze i znów wsunął rękawiczki na dłonie.

 

Pół godziny później na środku placu stało coś, co z czystym sumieniem można określić jako „sporych rozmiarów bałwan”. Yuu stał przed nim i uśmiechał się zadowolony.

- Możemy już wracać? – bez szczególnej nadziei zapytał basista.

Pomimo tego, że był dość grubo ubrany, siedząc bez ruchu na sankach zwyczajnie zmarzł. W tej chwili nie marzył już o niczym innym jak o kubku gorącej herbaty.

- Jeszcze tylko jedna rzecz… - Yuu podszedł do przyjaciela i jednym szarpnięciem postawił go na nogi. Chwilę później obaj leżeli na plecach w śniegu z tym, że You się tego totalnie nie spodziewał.

- No zrób aniołka, no zrób. – zachęcał perkusista, machając rękami i nogami jak oszalały, a później wstając powoli by obejrzeć wreszcie swoje dzieło.

- Jesteś zdecydowanie szalony… - odparł basista, dla świętego spokoju wykonując kilka machnięć i podrywając się nieco mniej delikatnie niż drugi mężczyzna.

Yuu tymczasem wyciągnął telefon i zabrał się za uwiecznianie swoich dzieł. Na samego bałwana wyszło z dziesięć zdjęć, a może i więcej, ale w pewnej chwili You przestał liczyć.

- Ok., wracamy. Siadasz? – perkusista złapał za sznurek i zaczął przebierać nogami, chichocząc pod nosem.

Basista przycupnął na sankach, starając się skulić możliwie jak najbardziej. Naprawdę zmarzł.

  

Nie wiedział czy tylko mu się zdawało, ale drogę do domu pokonali naprawdę szybko. Yuu bez pytania złapał za sanki i wtaszczył je do domu, jakimś cudem radząc sobie również z otwarciem drzwi jak i z pozapalaniem wszystkich świateł po drodze. Basista szedł za nim, pokonując tę trasę z nieco mniejszym zapałem. Kiedy wreszcie zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie i przez moment napawał się uczuciem ciepła. W gruncie rzeczy spacer może rzeczywiście był fajny, ale zdecydowanie przyjemniej jest wrócić wreszcie do domu.

- Idź się przebrać, a ja nam zrobię coś do picia! – krzyknął z kuchni Yuu.

You nie protestował. Poszedł do sypialni i szybko przebrał się w ciepły dres. Możliwe, że tracił na tym sporo z punktów za pociągający wygląd, ale przynajmniej było mu ciepło. Wsunął na nogi kapcie i dopiero wtedy poczłapał do kuchni. Zatrzymał się w progu i przez moment przyglądał się drugiemu mężczyźnie w milczeniu. Yuu krzątał się po jego kuchni zupełnie jak we własnym domu. Bez zastanowienia wyciągał to kubki, a to paczkę herbatników. Było w tym coś sympatycznego. Mężczyzna uśmiechnął się, obserwując jak z włosów jego kumpla kapie woda. Odwrócił się i poszedł do łazienki, sięgając po jeden z ręczników.

Yuu drgnął, czując jak ktoś owija jego włosy w ręcznik i delikatnie osusza.

- Dzięki. – mruknął – Zupełnie o tym zapomniałem i porobiłbym ci kałuże w kuchni.

You jakoś nie zdobył się na odpowiedź, że właściwie to nie o podłogę się martwił, a chwilę później nie miało to już większego znaczenia. Perkusista zręcznie owinął sobie ręcznik wokół głowy i sięgnął po tacę na której stały dwa kubki pełne herbaty, a także talerzyk ciastek.

- Nie znalazłem cukru. Znowu zapomniałeś kupić? – zapytał i wyszedł z kuchni, kierując się do salonu.

- Jak zawsze. – westchnął basista i poczłapał za przyjacielem.

  

W salonie było równie ciepło, a od kilku dni również przytulnie za sprawą dużej choinki, która stała w rogu pokoju. Mieszkanie basisty stawało się przytulne tylko raz w roku. W okresie świąt, które obchodził na zasadzie spotkań z rodzicami. Niemniej, choinkę ubierał zawsze, niezależnie od tego czy miał zostać w domu czy nie. Poza tym w pomieszczeniu znajdowała się kanapa, a przed nią spory telewizor. Oczywiście nie mogło zabraknąć konsoli do gry z której basista robił użytek w każdej wolnej chwili.

Do tego komoda i szafa na ubrania… Niewiele w sumie, ale You nie narzekał.

- Masz szczęście, że nie buszuje ci tu żaden kot. – zauważył nagle perkusista, rozsiadając się wygodnie na kanapie. – Mój potwór raz potłukł mi wszystkie bombki wiszące na najniższych gałązkach. Od tej pory zmuszony jestem ich nie dekorować…

Ach tak, choinka.

- Ty nie masz kota, jak słusznie zauważyłeś. To mała bestia. – mruknął You, sięgając po swój kubek. – W życiu nie widziałem większego szaleńca w kociej skórze… Cóż, w sumie do siebie pasujecie.

Yuu szturchnął go lekko w bok.

- Sugerujesz, że ja też w wolnych chwilach strącam bombki z choinki?

- Nie. Sugeruję, że jesteś pierwszą osobą, która przychodzi do sali prób i wychodzisz z niej jako ostatni, totalnie nie zmęczony. Kiedyś nawet szukałem jakiegoś zasilacza pod ciebie, ale dobrze go maskujesz.

Perkusista wybuchnął śmiechem, powoli odstawiając kubek na stolik.

- Aż tak dokładnie nie szukałeś. – mrugnął do przyjaciela – Ale zanim przyjdzie ci ochota by spróbować znowu, powiem ci, że to zupełnie bezcelowe. Ja po prostu już taki jestem. Narwany…

- Zauważyłem… - You sięgnął po herbatnika, skubiąc go bez większego przekonania. – Dobrze, że w ciągu najbliższych dni nie mamy próby. Nie jestem pewny czy moje dłonie zniosłyby kilka godzin szarpania za struny od basu…

- Sam jesteś sobie winien – odparł perkusista, również sięgając po herbatnika i obgryzając jego czekoladowe brzegi – Mówiłem, że idziemy szaleć. A szaleć nie oznacza spacerku po parku, szczególnie o tej porze. Co się zaś tyczy prób, to gadaj o tym z Sono, a nie mnie wytykasz.

- Niczego ci nie wytykam, głupku. – basista otrzepał dłonie z okruszków – I tylko mi nie wmawiaj, że jest inaczej, bo nie mam siły się dziś kłócić, nawet z tobą.

- To co będziemy robić? – mruknął perkusista, półleżąc na kanapie – A może to miała być aluzja do tego, ze mam spadać? Jeśli tak, to sam spadaj, zmęczony jestem ciągnięciem przez kawał drogi jednego takiego klocka…

You nic nie odpowiedział. Właściwie to nie chciał nic robić, podobnie jak nie chciał, by ten rozgadany wariat gdziekolwiek szedł. Było dobrze tak jak teraz.

Tymczasem Yuu sięgnął po ręcznik, który cały czas miał na głowie i odwinął go. Nadal wilgotne dredy opadły na jego plecy. You złapał jeden z nich i delikatnie pociągnął.

- Nie dasz im spokoju, co? – zapytał perkusista, kładąc się spowrotem nieco bliżej drugiego mężczyzny – Jak tak bardzo je lubisz to może sam zmień fryzurę, hm?

- Mam za krótkie włosy, a poza tym z dredami wyglądałbym jak idiota. – odparł basista spokojnie. – No i dwóch facetów z dredami w zespole to absolutne maksimum. Przy kolejnym fanki nas zaczną mylić.

- A co ty się o nasze fanki martwisz, co? – Yuu uśmiechnął się lekko – Poradzą sobie, a poza tym im jest i tak wszystko jedno…

- Może i tak. Zresztą, co mnie to obchodzi. Ja bym się głupio czuł, wystarczy. Poza tym nie ma problemu tak długo, jak ty nie planujesz zmieniać fryzury.

- Uważasz, że powinienem? – Yuu zerknął na niego kątem oka – Wiesz, w sumie nawet myślałem o tym ostatnio…

- Nie. – przerwał mu drugi mężczyzna – I przestań gadać jak baba. Jest dobrze tak jak jest. Lubię…

- Mnie? Czy może moje włosy? – zapytał perkusista, nadal się uśmiechając.

- Chyba na jedno wychodzi, nie? Poza tym sam stwierdziłeś, że dziadzieję, a przez to nie lubię zmian. Dobrze jest tak jak jest…

- Nudne…

- Co takiego? – basista uniósł się lekko na rękach i spojrzał na kumpla zaskoczony.

- No nudne. Nuuuuudne – Yuu wstał z kanapy i zaczął chodzić po pokoju. – I nie wierzę, że to mówisz, You. Nie wolno stać w miejscu, nie wolno rezygnować. Trzeba próbować nowych rzeczy, zmieniać je. Jakbyś wyglądał bez zmian?

Basista otworzył usta by cos odpowiedzieć, ale po chwili je zamknął.

- Nie wolno stać w miejscu, You. – powtórzył nieco ciszej. – Jeśli czegoś chcesz, weź to. Nie myśl, nie analizuj… To zabija, nie czujesz?

Drugi mężczyzna znów otworzył usta, ale ponownie nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Pomyśl o tym i… I dzięki za herbatę, cześć.

Zanim basista zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Yuu wyszedł z salonu, a po chwili zamknął za sobą również drzwi wejściowe.

  

- Nie mogę uwierzyć, że dzwonisz do mnie o cholernej drugiej w nocy. – wyznał Sono i ziewnął do słuchawki.

Pół godziny wcześniej Yuu wrócił do własnego mieszkania. Wziął szybki prysznic i przebrał się w spodnie od piżamy, a teraz siedział po turecku na łóżku ze słuchawką przy uchu.

- Potrzebuję rady, Sono. – odezwał się, ignorując kolejne ziewnięcie kumpla – Życie mi się, kurwa, sypie. Nie ziewaj!

- Nic ci się nie sypie, Yuu i nie klnij, do cholery. – burknął wokalista – To, że nasz uroczy basista kolejny raz nie sprawił się w roli jasnowidza, nie oznacza, że świat się kończy. Oznacza to tylko tyle, że ty nie masz jaj by mu wyznać to i owo…

Perkusista westchnął przeciągle.

- Nie rozumiesz… On zresztą też nie rozumie. Chciałby żeby wszystko było tak jak zawsze, nie chce nic zmieniać. No to jak mam mu powiedzieć, że w kategorii „tylko kumpel” już go nie widzę od cholera wie jak dawna, bo wolałbym go zobaczyć we własnym łóżku? Nagiego, Sono!

- Nie każ mi wyobrażać sobie nagiego You, proszę cię. – odparł spokojnie wokalista, najwyraźniej już całkiem rozbudzony. – I rozumiem twój punkt widzenia, ale zrozum też mój i jego. Skoro umiałeś mi powiedzieć, że jesteś gejem, to tak samo powiedz to jemu. Jeśli dostaniesz po mordzie, to najwyraźniej nie miała być miłość do grobowej deski… I nie sycz mi tutaj, bo dla odmiany ja ci krzywdę zrobię.

- Przeszkadzałoby ci gdybym pozbył się dredów? – zapytał cicho Yuu, po dłuższej chwili milczenia.

- Czy ja wiem… - odparł ostrożnie wokalista. Czuł, ze jego kumpel do czegoś zmierza i bał się wiedzieć do czego. – Chyba nie. Chociaż ty je przecież lubisz, Yuu. Po co masz to zmieniać? Ale skoro chcesz, to…

- On powiedział nie, Sono. – mruknął perkusista – Powiedział nie, bo przeszkadza mu nawet taka pierdoła jak zmiana fryzury. Naprawdę uważasz, że jest to odpowiedni moment by wyjechać z tekstem, ze go lubię? Że lubię go bardziej niż mu się wydaje?! Kurwa.

Perkusista mało kulturalnie odłożył słuchawkę i rzucił ją na drugi koniec łóżka.

- Pierdolony świat, pierdolone zasady, pierdolony, całkiem ślepy You!

  

Kolejne dni minęły szybko. Pod koniec roku, Sono jak zwykle pozapraszał kumpli na imprezę z okazji końca roku. Yuu cenił sobie te spotkania, nawet jeśli kończył je zazwyczaj mocno podchmielony, leżąc na jednej z kanap w salonie przyjaciela. Kiedyś Anzi wysunął propozycję, że kiedy już będą sławni, to mogliby zacząć bawić się w dobrych klubach, ale perkusista niezupełnie się z nim zgadzał. Oczywiście, że chciał by zespół był popularny, ale jednocześnie nie widział nic złego w imprezach organizowanych na szybko w domu Sono. To chyba był jedyny wyjątek od jego wiecznej zasady „zawsze do przodu”.

- Tylko nie przynoś balonów. – westchnął Sono, któregoś wieczoru, kiedy rozmawiali przez telefon – Ayame w tym roku oszalał i już teraz mam w domu kilka pudeł z ozdobami. Alkohol i przekąski też jakieś są, ale jak będzie więcej, to nic się nie stanie.

Yuu niemal widział jak po drugiej stronie kabla jego kumpel się uśmiecha. Tak. Jeśli chodziło o jedzenie i picie, nie było takich ilości, które by nie mogły zostać pochłonięte przez zespół. Aż cud, że jeszcze nie mieli problemów ze zmieszczeniem się w stroje na koncert.

  

W dniu imprezy, dom wokalisty przypominał istne pole bitwy. Wszędzie stało mnóstwo różnych pudeł i toreb, co najmniej tak, jakby impreza była na sto osób. Zaraz po przyjściu, Yuu został zaciągnięty do tej części pokoju, gdzie Ayame do spółki z You byli zajęci dmuchaniem balonów.

- Pompka się zepsuła – wyjaśnił z dziwnym uśmieszkiem wokalista – To ten… podmuchajcie sobie chłopcy, a ja idę zająć się przekąskami.

- Żebym ja ciebie zaraz nie dmuchnął… - burknął pod nosem basista, sięgając po kolejny balonik.

- Akurat mnie nie musisz, You-kun. – odparł Sono, za co zarobił pełne irytacji spojrzenie Yuu.

Wokalista bawił się w to od kilku dni. Na początku Yuu nie zwracał uwagi, ale na dłuższą metę nie dał rady ignorować pewnych rzeczy. Wokalista zachowywał się tak tylko wtedy, gdy obok był You i tylko wtedy kiedy perkusista mógł ich słyszeć. Basista może i był całkiem ślepy, ale nie na tyle głupi, by wreszcie nie wyciągnąć pewnych wniosków z zachowania wokalisty.

Mężczyzna usiadł obok jednego z kartonów i zabrał się za nadmuchiwanie baloników. Po piątym zaczynał widzieć plamki przed oczami. Do cholery, kopyta tu wyciągnie zanim skończą!

- Idę napić się wody, zaraz wracam.

Ayame machnął tylko ręką, sam dziwnie czerwony na twarzy. Zdaje się, że będą musieli ograniczyć ilość ozdób w tym roku, albo zaciągnąć jeszcze kogoś do pomocy. Najwyraźniej Ayame musiał dojść do podobnego wniosku, bo kiedy Yuu wrócił z kuchni, obok nich na stoliku leżało jeszcze tylko kilka baloników do nadmuchania, a cała reszta została gdzieś schowana.

  

Trzy godziny później impreza zaczęła się na dobre. Cały zespół siedział na jednej z dużych kanap Sono i popijał piwo, podrygując w rytm muzyki lecącej z odtwarzacza. Światło było zgaszone i zrobiło się całkiem sympatycznie. Yuu westchnął głośno, prostując nogi i przeciągając się. Kątem oka zauważył, że Sono wstaje i gdzieś wychodzi, a chwilę później w ślad za nim idzie Ayame. Przez chwilę perkusista był pewny, że idą po kolejne piwo, ale wyglądało no to, że nie tym razem. Za długo nie wracali…

Yuu postanowił to sprawdzić i cichaczem przekradł się przez ciemny salon i korytarz. Jedynym pomieszczeniem w którym paliło się światło była kuchnia. Drzwi były uchylone i perkusista na palcach przekradł się w tamtą stronę. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. W kuchni rzeczywiście paliło się światło, a właściwie tylko dwie małe lampki zawieszone, nie wiedzieć po co, nad blatami koło lodówki. Tymczasem w tej chwili stał tam Sono i całował się z Ayame, przyciskając go do jednego z takich blatów.

- A to… – ledwo słyszalnie szepnął Yuu, cały czas zerkając w stronę kumpli.

Perkusista nie mógł uwierzyć, że jego najlepszy przyjaciel nawet słowem się nie zdradził z niczym. Mężczyzna drgnął, kiedy poczuł dotyk na ramieniu. Powoli odchylił głowę i zobaczył, że You stoi obok i najwyraźniej zwrócił uwagę na to samo co on. Cholera. Chciał coś powiedzieć, zrobić cokolwiek, ale nie bardzo wiedział co mógłby zrobić żeby ani Sono, ani tym bardziej Ayame niczego nie usłyszeli. Po prostu złapał za rękę basistę i pociągnął w głąb korytarza, prosto w stronę wyjścia do ogródka.

- Myślę, że tyle wystarczy. – stwierdził Sono, kiedy kroki na korytarzu umilkły.

- Jakbym nie wiedział, że to w dobrej sprawie, to poczułbym się jak ostatnia świnia. – odparł Ayame

Sono uśmiechnął się do niego.

- Wracamy? Napiłbym się jeszcze piwa, bo rozrywek mam na dzisiaj dość. Dziwne to było trochę…

- Domyślam się. – zaśmiał się Ayame. – I zazdroszczę Yuu, że ma takiego przyjaciela.

- Jakby na to nie patrzeć jestem też i twoim kumplem Ayame-kun. – westchnął wokalista, wyciągając z lodówki kolejne puszki. – Ale całować się już nie będziemy, bo ja chyba jednak się do tego nie nadaję…

Klawiszowiec uśmiechnął się tylko i wyszedł z kuchni, zabierając ze sobą kilka puszek.

  

Ta noc może nie była szczególnie mroźna, ale dla dwóch mężczyzn stojących w ogródku w samych koszulach, było wystarczająco zimno. Yuu stał tuż obok wejścia i szczękał zębami, sam nie wiedział czy na pewno tylko z zimna. Cholerny Sono.

- Może jednak wracajmy do środka, co? – You zdawał się być zupełnie spokojny. – Widzę, że koniecznie chcesz o tym pogadać, ale w obecnej sytuacji prędzej sobie zęby z zimna wybijesz.

Yuu kiwnął głową i posłusznie ruszył w stronę drzwi. Zimno miało jednak pewną zaletę. Otrzeźwiło go na tyle, by po całym zdarzeniu nie gadać jakiś totalnych głupot. Obaj mężczyźni zatrzymali się w części korytarza, gdzie wokalista trzymał, przykryte teraz folią, plastikowe krzesła. Yuu usiadł na jednym, starając się ogrzać dłonie. Drgnął, kiedy You zaczął je rozcierać w podobny sposób w jaki perkusista robił to kiedy byli na sankach.

- Romans wokalisty z klawiszowcem to naprawdę nie powód by się rozchorować, Yuu-chan – basista spojrzał na niego spod grzywki i uśmiechnął się.

- Niewystarczająco zwariowane jak dla ciebie? – odparł zaczepnie perkusista zanim zdążył pomyśleć.

You utkwił w nim zdziwione spojrzenie, w którym jednak po chwili pojawił się błysk zrozumienia.

- Nie lubię zmian, to prawda. Szczególnie w sprawach, które lubię i które… cóż, podobają mi się takie jakie są. To, że Sono całuje się z Ayame nie oznacza, ze lubię ich mniej. I naprawdę nie wiem skąd u ciebie przekonanie, że jest inaczej.

Tym razem to Yuu otworzył usta i nie mógł wydusić nawet jednego słowa. Basista westchnął.

- Czasem też pewne zachowania u osób na których mi zależy, sprawiają, że lubię ich już tylko bardziej… Nawet kiedy te osoby zdają się tego nie dostrzegać, bo za szybko biegną przed siebie, Yuu-kun.

 


Kiedy godzinę później, zegar w salonie wybijał północ, pięciu mężczyzn stało przed domem. Ubrani w kurtki, z kieliszkami w dłoniach, obserwowali fajerwerki. Yuu uśmiechnął się, kiedy poczuł ciepłą dłoń wsuwającą się do kieszeni jego kurtki.

- Znowu zapomniał rękawiczek – pomyślał z uśmiechem, splatając swoje palce z palcami mężczyzny stojącego tuż obok.

Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają…



alien-ff 2009-12-23 17:31:59
skomentuj (0)